fotka

fotka



Aktualności


Archiwum


Członkowie


Forum




11 sierpnia 2010 - Maratonu MTB Wokół Jeziora Miedwie

Jest sobota, 7 sierpnia godzina 10.00, pochmurny, trochę wietrzny, choć ciepły poranek. Wraz z grupą 40 śmiałków staję na starcie 110 km trasy V edycji Maratonu MTB Wokół Jeziora Miedwie. Pozostałych około 430 uczestniczek i uczestników, podzielonych na grupy stosownie do płci i wieku ruszy na trasę 55 kilometrową.
Dla mnie to podwójny debiut, po raz pierwszy w barwach Drużyny Szpiku i po raz pierwszy w maratonie MTB, na rowerze innym niż szosowy. Konkretnie na moim starym, stalowym góralu, który na co dzień służy mi do robienia tzw. "siły", a bardziej uczy pokory i pokazuje miejsce w szeregu.
Moi towarzysze i konkurenci to starzy wyjadacze kolarskiego rzemiosła, znani także z tras Pucharu Polski w Maratonach Szosowych z legendarnym Zdzisławem Kalinowskim na czele. Nie ma tu ludzi przypadkowych, co z resztą potwierdza się już po paru pierwszych kilometrach. Pierwsze 30-35 km za wyjątkiem ok. 4 kilometrów drogi szutrowej to zdarty asfalt, tempo bardziej niż średnie, a biorąc pod uwagę sprzęt na którym się przemieszczam, to chyba ostre. Po tym szosowym epizodzie, ok. 15 km jazdy po łąkach nadmiedwiańskich urozmaiconych polodowcowymi pagórkami. Pagórki te dość sztywne, z tych bardziej odbierających oddech. I końcowe 10 km to znowu asfalt, prowadzący dla większości do mety, a dla 110-kilometrowców do zakończenia pierwszej pętli. Pierwsze 55 km minęło dość szybko, natomiast druga pętla zaczęła się od rzęsistego deszczu, później było już tylko gorzej jeśli chodzi o pogodę, fakt jest następujący: w trakcie 2 i pół godziny jakie zajęło mi pokonanie drugiej pętli, na nadmiedwiańskie łąki spadło ok. 45 l wody na metr kwadratowy. Nie mnie oceniać czy to dużo czy mało (to dużo, bo to 45 mm czyli opad miesięczny - wtrącenie Rafała ;-) ), ale świata wokół widać nie było. Gdzieś na 15 km przed metą, mój stary góral, a właściwie jego tylna przerzutka odmówiła współpracy i zostałem z tylko 1 trybem, z tych bardziej środkowych. Po prostu: błoto, darń, nie wiem co tam jeszcze zalepiło to całe urządzenie, łącznie z linkami. Ale do mety dojechałem, sklasyfikowano mnie na 28, przedostatniej pozycji, 11 moich konkurentów nie ukończyło maratonu. Wyczyn sportowy pewnie żaden (*), ale test hartu ducha i owszem, mimo debiutu i chyba extremalnych warunków na 2 pętli, dotarłem do mety, a wraz ze mną koszulka Kolarskiej Drużyny Szpiku.
Wydaje mi się, że byłem jedynym przedstawicielem, naszego teamu, na pewno nie spotkałem w tym dniu nikogo odzianego identycznie jak ja. Tym bardziej jest to dla mnie zaszczyt, że mogłem reprezentować barwy Drużyny.

Jacek Łukaszewicz