03 września 2011 - Magia ultra maratonu
Najczęściej zadawane pytanie, jakie słyszałam na kilka dni przed swoim pierwszym startem w ultra maratonie to: “Dlaczego ty to robisz?” albo “Po co ci to?”. Odpowiedź była zawsze ta sama - w ten sposób chcę upamiętnić moją kochaną babcię, która niedawno zmarła. To ona zawsze dodawała mi otuchy, kiedy było mi ciężko i wiedziałam, że i tym razem będzie nade mną czuwać. Zawsze powtarzała: ‘głowa do góry i przed siebie’ i taki też był mój plan na ten bieg. Po drugie chciałam doświadczyć tej słynnej magii ultra maratonu, o której tyle słyszałam.
Już od ponad roku planowałam przebiec ultra, ale zawsze jakoś tak nie było mi po drodze, nie miałam możliwości, aby się solidnie do tego przygotować. Nie chciałam pokonywać tego dystansu tylko siłą woli, to nie miałoby sensu. Zmotywował mnie też Jacek, z którym biegłam kilka tygodni wcześniej maraton. Tuż przed pierwszym terminem zapisów napisał do mnie sms z zapytaniem czy zapisałam sie już na ultra? To był taki dodatkowy bodziec i w tym dniu dokonałam rejestracji przez Internet. Powiedziałam A więc teraz przyszła kolej na B czyli treningi. Znacznie zwiększyłam swój tygodniowy kilometrarz, a oprócz tego sporo czasu poświęciłam na wzmacnianie swoich mięśni nóg na siłowni.
Mimo dobrego przygotowania nie obeszło sie bez stresu przed startem, bez nieprzespanych nocy i sennych koszmarów (o których nie będę tu już pisać, bo wyszłoby z tego opowiadanie) oraz zadawania sobie pytań: jak to będzie, co będę czuła kiedy przekroczę dystans maratonu?
Na linii startu o godzinie 9.30 stanelo 23 ‘ultrasów’ w tym tylko 3 kobiety. Prognoza pogody nie była optymistyczna, chociaż słoneczko mocno przygrzewało. Jak tylko wystartowaliśmy, to już na pierwszych kilku kilometrach zmoczył nas solidny deszcz, który na szczęście nie trwał długo. Od początku biegło mi się bardzo dobrze, równe tempo i dość wolnych kilka pierwszych kilometrów zapewniło mi siłę na dalszym etapie. Po około 10km byłam gdzieś w środku stawki. Przede mną biegła grupka 5 mężczyzn, a ja za nimi jakieś 20m i nagle okazuje się, że jesteśmy na 7mili trasy maratonu, który rozgrywał się w tym samym dniu, tylko startował 1.5h później. Powinniśmy znaleźć się w tym miejscu po przebiegnięciu około 30km, a my przebiegliśmy dopiero dychę! ‘Na bank coś jest nie tak!’ -pomyślałam i w tym momencie jeden z mężczyzn, Stephen, podbiegł do mnie i też zaczął mówić o swoich wątpliwościach. Oboje stwierdziliśmy, że na pewno przeoczyliśmy skręt i zdecydowaliśmy się zawrócić, aby go odnaleźć. Pozostali zdecydowali kontynuować swój bieg trasą maratonu. My woleliśmy zrobić więcej kilometrów niż za mało, to miał być przecież bieg ultra. Cofnęliśmy się około 2 km i tak jak przypuszczaliśmy, przeoczyliśmy skręt, który był bardzo słabo oznakowany. Byłam wściekła na siebie i organizatorów!
No to pięknie się zaczęło, ciekawe co mnie jeszcze czeka? Zwierzyłam się z moich rozterek towarzyszącemu mi biegaczowi, który powiedział - że szkoda mojej energii na nerwy. Stało się i nic na to nie poradzimy.
Wtedy przypomniałam sobie słowa babci: głowa do góry i przed siebie!
Ta myśl dodała mi otuchy i moje nastawienie zmieniło się o 360 stopnii. Kiedy dobiegliśmy do najbliższego punktu z wodą, dwie staruszki powiedziały nam, że jesteśmy ostatnimi biegaczami w stawce.
Było nam wszystko jedno, cieszyliśmy się tym biegiem jak małe dzieci.
Zdążyłam się dowiedzieć, że Stephen przebiegł ponad 200 maratonów, około 15 ultra i pochodzi z Liverpool’u. Do Longford przyjechał specjalnie na ten bieg. Poczułam się bardzo malutka przy jego osiągnięciach i wiedziałam, że z czasem zostanę gdzieś z tyłu. Dość szybko dogoniliśmy jedną z kobiet, która okazała się znajomą Stephen’a (sama przebiegła ponad 200 maratonów) i oczywiście należała elitarnego klubu 100 Marathon Club. Była bardzo zaskoczona kiedy nas zobaczyła, bo przecież byliśmy przed nią, a teraz ją doganiamy.’Co się stało?’ - zapytała. W skrócie opowiedzieliśmy naszą historię i ruszyliśmy do przodu. Kiedy zbliżaliśmy się do punktu, w którym umówiłam się z Arturem wiedziałam, że mało prawdopodobne będzie to, iż się tam spotkamy (powinnam być w tym miejscu 24 minuty wcześniej). Po raz kolejny byłam załamana, gdyż Artur miał wszystkie moje odżywki.
Przecież nie dam razdy bez odpowiedniego odżywiania przebiec tego dystansu! Takie myśli wciąż kotłowały się w mojej głowie. Kiedy dotarliśmy do drugiej kobiety, zapytałam się czy nie widziała Artura.
Ona rownież zdziwiona, że nas widzi powiedziała, że mnie szukał i pojechał do przodu, bo sama mu powiedziała, że jestem przed nią. Teraz to już w ogóle nie miałam ochoty na rozmowę z moim towarzyszem, a za każdym razem kiedy Stephen pytał jak się czuję, mówiłam mu prawdę:
“Beznadziejnie i okropnie!’. Biedak próbował mnie wciąż pocieszać, ale nic to nie dawało dopóki w oddali nie zobaczyłam mojej kochanej sylwetki na rowerze. Artur odchodził od zmysłów, myślał, że coś mi się stało. Niektórzy mówili mu, że jestem przed nimi inni, że za nimi, a kolejni, że nie widzieli mnie na trasie w ogóle. Te zupełnie sprzeczne informacje komplikowały sytuację. Najważniejsze, że ostatecznie udało nam się wzajemnie odnaleźć, co prawda dopiero na 30km. Uśmiech ponownie zagościł na mojej twarzy. Po szybkim uzupełnienu elektrolitów dalej kontynuowaliśmy nasz bieg. Właśnie teraz dotarliśmy do punktu, w którym zawracaliśmy. 35km tyle pokazywał mi mój zegarek, czyli przebiegliśmy dodatkowe 4 km. Dalsza część trasy to maraton, ktory przebiegłam tutaj w zeszłym roku. Kilometry mijały nam na rozmowach, kręceniu filmików i po prostu cieszeniu się z tego, że jesteśmy tutaj i możemy biec przed siebie. Pogoda przestała płatać nam figle i zrobiło się bardzo ciepło. Tak właściwie to ultra maraton zaczął się około 49 km. Ból pleców, kolana i łydki zaczął mocno doskwierać, ale mimo wszystko jakaś wewnętrzna siła pchała mnie do przodu, dzięki czemu biegło mi się lekko. Kilkaset metrów przed metą Artur przyspieszył, aby zorganizować komitet powitalny. Dołączył też do mnie Jacek, który przywitał mnie stwierdzeniem: ‘a mówiłem, że nie ma się czego bać!?’ Gdzieś na 55km Stephen został troszkę z tyłu i ostatecznie przybiegł kilka minut po mnie, a ja szczęśliwie dotarłam do mety po 6 godzinach 19 minutach i 13 sekundach i pokonaniu 67km wpadając w objęcia mojego męża. Muszę przyznać, że rzeczywiście doświadczyłam tej magii ultra maratonu i tego, że wszystko może się podczas takiego biegu wydarzyć.
Przy okazji chciałam podziękować całej ekipie (Mietkowi z rodziną i całej rodzince Latałów), która specjalnie przyjechała wcześniej, aby dodać mi otuchy. Jesteście fantastyczni!
Sylwia Kasperska
ps od Sławka:
Ten dzień w Longford był bezsprzecznie "polskim dniem", Sylwia zwyciężyła w Ultra Maratonie, a pierwsza trójka z maratonu wyglądała
tak:
Wieslaw Sosnowski 02:34:41
Robert Latala 02:38:08
Peter Mooney 02:40:52
Robert Latała to brat Jacka, ktory poprawia maratońskie czasy z biegu na bieg i często gości w naszych notatkach:-).
Sławek