10 lipca 2011 - Mój pierwszy aquathlon
Mój pierwszy aquathlon, Athlone 29.06.2011
Kiedy tydzień temu kolega zaoferował mi pożyczenie swojej pianki do pływania, abym 7 dni później mogła wystartować w moim pierwszym aquathonie, poczułam się tak, jakby ktoś wyzwał mnie na pojedynek.
Pełna lęku i wątpliwości, o to czy dam sobie radę w pływaniu, podjęłam wyzwanie. Zdecydowanie zaliczam się do grupy ludzi, którzy mowią
sobie: potrafię, mogę i chcę! Oczywiście potrzebuję też wsparcia ze strony najbliższych, w tym wypadku mojego męża, który zrobił wszystko, abym w tę środę czuła się bezpiecznie. Przede wszystkim zabrał mnie kilka dni wcześniej na próbne, pierwsze pływanie w jeziorze. Chociaż od ponad 9 miesięcy uczęszczam na lekcje pływania, to wciąż nie czuję się jak ryba w wodzie i nie wiem czy kiedykolwiek będę. Taraz już wiem, że pływanie w basenie w komfortowych warunkach to zupełnie inna bajka. Sama myśl, że nigdy nie pływałam w piance w wodzie otwartej paraliżowała mnie. Świadomość, że nie można dotknąć dna i zrobić sobie przystanku na krótka chwile przyprawiała mnie o gęsią skórkę. Na próbnym pływaniu czułam się jak dziecko, kiedy prowadzona za rękę zaczęłam się zanurzać w zimnej wodzie. Na szczęście pianka jest fantastyczna jeśli chodzi o wyporność i ciepło jakie zapewnia. Dla słabszych pływaków to na pewno zalety, jednak są też wady takie jak np. to, że opina twoją klatkę piersiową tak, że dosłownie brak ci tchu. Trzeba się do tego przyzwyczaić czyli pływać w niej jak najczęęciej.
Tak jak przed ważnym biegiem śni mi się, że nie mogę biec, tak teraz na dzień przed aquathonem miałam sen, w którym nie mogłam założyc pianki i wszyscy już odpłynęli, a ja wciąż z nią walczyłam.
Dawno już nie byłam tak zestresowana: brak apetytu, kiepski sen itd.
Artur wciąż dodawał mi otuchy i dzięki wcześniejszemu wspólnemu pływaniu wiedzialam już czego mogę się spodziewać. Wejście do wody i sygnał do startu. Ja płyne 200m, a hubby 750m. Wypływamy w dwóch różnych kierunkach. Ja na lewo, on na prawo. Na początku płyne kraulem, chociaż ciężko jest mi oddychać na obie strony, więc raczej trzymam się jednej, tej sprawdzonej. Zanim docieram do boi, którą musimy opłynąć przechodzę do ‘żabki’. Na szczęście nie jestem jedyną osobą, która tak robi więc pocieszm się tym faktem. Ponowna zmiana stylu i kolejny odpoczynek przy ‘żabce’. Jestem już prawie przy brzegu i wyskakuję szybko z wody. W przelocie słyszę tylko 4:42, czyli tyle zajęło mi pływanie. Po niebieskim chodniku dobiegam do strefy zmian.
Trzeba się spieszyć bo widziałam kilka kobiet, które wyszły z wody przede mną. Ściągam piankę, o dziwo poszlo mi to dość gładko. Na pewno pomógł środek, którym popryskałam kostki, aby można ją było łatwiej ściągnać. Zakładam buty i w locie łapie pasek startowy z numerm. Na początkowych metrach wyprzedzam 2 osoby. Ale biegnie sie ciężko bo oddech jest głeboki i trzeba dojść do siebie, znaleźć swoje tempo. W odległości około 50m może trochę więcej widzę 3 kobiety, które są moim celem. Dość żwawo poruszam się do przodu, kiedy widzę, że ktoś słabnie od razu ja mam więcej energii. I tak po kolei zbliżam sie do ostatniej kobiety, a zaraz za nią 2 mężczyzn. W między czasie dogania mnie i wprzedza zawodnik, który płynął 750 m. To nasz znajomy Wayne, głuchoniemy sportowiec, który wygrywa większość triathlonów w okolicy.
Macham mu tylko ręką bo wiem, że i tak mnie nie usłyszy. Za chwilę, po przeciwnej stronie widzę znajomego irokeza. Pozdrawiamy się z Arturem serdecznie i dalej do boju. Nie ma już więcej kobiet a meżczyznę, który biegnie 15 metrów przede mną, niestety nie udaje mi się wyprzedzić. Gdyby trasa była ciut dłuższa, a nie tylko 4,2km to na pewno dałabym radę. Dobiegam na metę z szerokim uśmiechem na twarzy i nie mogę uwierzyć, że to już koniec. Zajeło mi to raptem 27 minut.
Jednym tchem wypijam dwa kubki wody i z niecierpliwością czekam na Artura.
Pozdrawiam, Sylwia